Pierwsze wrażenia z przesiadki z OneNote na Evernote

Już od jakiegoś czasu myślałam o zamianie OneNote na coś innego. Męczyło mnie przede wszystkim to, że jeśli mam otwarte okno aplikacji desktopowej i jednocześnie otwieram notkę w przeglądarce, on traktuje to często (w sumie nie wiem do czego to zależy) jako innego użytkownika. Do paranoi doszło, gdy kiedyś sobie notowałam coś na jednym komputerze, a na drugim, gdy weszłam na tą samą notatkę dzień później traktował mnie jak innego użytkownika i pokolorował mi tamten edytowany fragment jako napisany przez kogoś innego. Może jest to problem pierwszego świata, ale chcę mieć te notatki wolne od jakiś edytorskich dopisków zupełnie niepotrzebnych, bo przecież ja to ja na którym komputerze czy aplikacji bym nie była:)

Pierwsza myśl zatem padła na Evernote, bo już miałam z nim kiedyś styczność i nieraz kusiło mnie, żeby go wypróbować na dłużej. Co prawda jest on głównie reklamowany jako narzędzie bardziej dla „zbieraczy” różnych treści, ale pomyślałam, że na moje potrzeby również się nada. Na dodatek roczny abonament wersji Premium był w promocji o prawie 50% taniej więc się skusiłam:) (Informację o promocji było to widać tylko jak zalogowałam się w uprzednio ściągniętej aplikacji desktopowej)

Od razu powiem, że opcji eksportu do PDF również nie posiada, ale poza tym jest całkiem fajnie:) (to zdanie napisałam właśnie z okna przeglądarki, podczas gdy powyższą treść w oknie aplikacji desktopowej i nie ma żadnych artefaktów związanych z tym kto to edytował jak w OneNote :D)

Zatem przygodę zaczęłam od wyeksportowania moich notatników z OneNote do Evernote – można to zrobić jedynie korzystając z aplikacji niepełnoekranowej, co nieco utrudnia sprawę. Evernote ma troszkę inną organizację notatek i Notesy pokrywają się 1:1 po eksporcie, ale zakładki w poszczególnych notatnikach przyjmują formę tagów. Czy to fajne? Nie przeszkadza mi a nawet chyba się podoba, bo w ten sposób mam w jednym miejscu zbiór tagów ze wszystkich notesów więc tak jakby wszystkie notesy pod ręką. Tym samym łatwiej się przełączyć między notatkami w obrębie różnych notatników. W OneNote wymaga to trochę klikania.

A co mi się podoba najbardziej?

1 – Notatki domyślnie są sortowane od najnowszych – dzięki temu jak otwieram notes od razu widzę nad czym ostatnio pracowałam a nie muszę przewijać w dół.
2 – Jest sekcja „Ulubione” – dzięki czemu rzeczy nad którymi obecnie pracujemy możemy w niej przypiąć niezależnie od notatnika czy taga w którym są podpięte.

Bardzo mi to przyspiesza pracę dlatego póki co Evernote nadal będzie obiektem moich testów:) Przyznam, że też podoba mi się w nim to, że nie jest taki kolorowy – jego wygląd jest bardzo minimalistyczny, dzięki czemu totalnie nie rozprasza. Wydaje mi się też, że działa odrobinę szybciej.

Oczywiście nie jest tak, że w ogóle nie tęsknie do OneNote, bo jednak spędziliśmy ze sobą dużo czasu, kiedy to zdążyłam przyzwyczaić się do:
1 – Fajnego formatowania z predefiniowanymi stylami – np nagłówki, które można zwijać w wersji przeglądarkowej aplikacji.
2 – Formatowanie tekstu było kompatybilne z WordPress dzięki czemu tekst stworzony w OneNote (ale tylko kopiowany z wersji przeglądarkowej) wymagał dosłownie minimalnych zmian albo żadnych po przeklejeniu go do okna edycji WordPress.
3 – Automatyczne tworzenie listy wypunktowanej, gdy wpisałam znak kreski „-„.

Jest też jeden minus Evernote o którym muszę wspomnieć – ilość urządzeń na których można z niego korzystać jest ograniczona do dwóch w wersji darmowej. W każdej wersji płatnej ilość urządzeń jest już bez limitu. W sumie da się to trochę obejść, ponieważ gdy wchodzimy z trzeciego urządzenia jesteśmy proszeni o wyrejestrowanie jednego z pozostałych dwóch, by zrobić miejsce. Nie wiem jednak czy nie jest to ograniczone jakąś ilością wyrejestrowań na miesiąc czy coś w tym rodzaju.

Jeśli chodzi o to do czego wykorzystuję Evernote/OneNote, to głównie do pisania notek na bloga oraz robienia notatek z różnego rodzaju książek/blogów itp Tą notkę napisałam korzystając z wersji desktopowej aplikacji stąd takie wrażenia a nie inne. Jeśli kiedyś mocniej przetestuję wersję przeglądarkową na pewno napiszę co o niej sądzę. Przyznam, że nie umiem się póki co wypowiedzieć na temat porównania aplikacji mobilnych Evernote i OneNote, ponieważ rzadko z nich kiedykolwiek korzystam. Jednak gdybyście mieli jakieś szczegółowe pytania odnośnie używania jednej czy drugiej apki albo potrzebowali porównania jakiś funkcjonalności, dajcie znać w komentarzu – z chęcią się im przyjrzę i Wam o nich napiszę.

Co nowego przyniósł mi Evernote?

Otóż próbuję wykorzystać również jego funkcjonalności związane ze zbieraniem różnych treści i pierwsza jaką wzięłam na tapetę, to przesyłanie maili z naszej skrzynki pocztowej na odpowiedni Evernote alias (dostępny w aplikacji desktopowej) tak by trafiły do odpowiedniego notesu i zostały opatrzone odpowiednim tagiem. Dzięki temu część maili możemy zapisać jako notatki.
A Wy czego używacie do notatek? Evernote, OneNote a może jeszcze czegoś innego? Podzielcie się wrażeniami w komentarzach:)

Rekruterów rozmaite przypadki – część 4

Witajcie w trzeciej części cyklu na temat różnych przypadków związanych z procesem rekrutacji widzianej oczami kandydatów. Poprzednie części znajdziecie tutaj:

http://programistka.net/rekruterow-rozmaite-przypadki-czesc-1/
http://programistka.net/rekruterow-rozmaite-przypadki-czesc-2/
http://programistka.net/rekruterow-rozmaite-przypadki-czesc-3/

Szybcy i wściekli?

Poprzednio było o pośpiechu i wiążącej się z tym niestaranności. Dziś również w tym temacie, ale z kolei o presji czasu jaką próbują nieraz wywierać na nas rekruterzy. Weźmy taką o to sytuacje – dzwoni do nas rekruter, ma ciekawą ofertę, jesteśmy akurat na etapie rozglądania się, więc chętnie słuchamy. Na dodatek dowiadujemy się, że jesteśmy świetni na to stanowisko i klient szuka dokładnie nas. Na koniec rozmowy wyrażamy zainteresowanie, rekruter prosi o przesłanie CV, ale szybko bo już już musi je wysłać klientowi – firmie docelowej. Jednocześnie obiecuje, że w najbliższy powiedzmy poniedziałek wróci do nas z informację zwrotną. Hola hola, a gdzie moment na jakieś zastanowienie się, przespanie z tą myślą?
Wysłanie CV to niby jeszcze nic takiego, ale jednak – co nagle to pod diable – takie tam przysłowie, które jednak może mieć dużo wspólnego z prawdą. Dołóżmy też do tego zwyczajne życie – nie zawsze mamy czas, żeby od razu po rozmowie siąść do pisania CV – a przecież wcale nie musimy mieć pod ręką aktualnego. Tymczasem uzupełnianie CV trzeba robić powoli i dokładnie, bo to nasza wizytówka. Tutaj nie ma miejsca na pośpiech. Lepiej, żebyśmy to my przy trzecim spojrzeniu na dokument znaleźli literówkę niż zrobił to ktoś w firmie do której chcemy się zrekrutować, prawda?

Jednak wracając do naszej sytuacji – powiedzmy, że znaleźliśmy ten czas, rzucamy wszystko, siadamy do komputera, uzupełniamy CV, wysyłamy. Obiecany dzień kontaktu – cisza, kolejne dni – cisza, kolejny tydzień – cisza. Przypominam, że rekruter podkreślał w rozmowie, że czas nagli a do tego obiecał konkretny dzień w którym się z nami skontaktuje by przekazać informację zwrotną. Jak się skończyła ta historia? Kandydat sam napisał do rekrutera aby dowiedzieć się jak się sprawy mają. Otrzymał informację, że na razie odpowiedzi od klienta brak i że będzie się z nim kontaktował jak tylko takowe otrzyma. Nie skontaktował się nigdy…

Jak widać tutaj przysłowie się sprawdziło…

Co się stało z CV kandydata? Otóż często rekruterzy są zobligowani do przedstawienia x kandydatur klientowi. Z kolei jeśli klientem jest firma, która często rekrutuje i ma w swojej bazie setki osób, coraz trudniej jest znaleźć kogoś „świeżego”, kto jeszcze w ich rekrutacji nie brał udziału. Start projektu tuż tuż, więc jest standardowy pośpiech i rekruter próbuje znaleźć tak dużo CV jak tylko się da, żeby osiągnąć x, jakie trzeba przedstawić klientowi. Niestety w ten sposób stajemy się tylko nic nie znaczącym trybikiem w całej machinie procesu rekrutacyjnego.

Inna historia, tym razem moja własna, gdzie też występowała ogromna presja czasu. Przedstawiono mi bardzo ciekawą ofertę, właściwie to już była końcówka rekrutacji, która też toczyła się bardzo „na szybko” – „Projekt zaraz startuje”. Wymagano ode mnie finalnego podpisania umowy i tym samym złożenia wypowiedzenia w bieżącym miejscu pracy dosłownie ostatniego dnia miesiąca aby mogła rozpocząć pracę jak najszybciej. Nie pozostawiono mi kompletnie czasu do namysłu. Do tego jeszcze nie do końca pasowały mi pewne szczegóły oferty a parę ważnych dla mnie rzeczy dotyczących organizacji tego nowego projektu było jeszcze pod znakiem zapytania. Tymczasem nie było już czasu na negocjacje czy ustalenia. Projekt zapowiadał się naprawdę super i wiedziałam, że jeśli go sobie odpuszczę być może będę żałować. Jednak w moim odczuciu wówczas nie miałam wystarczająco dużo informacji by podjąć decyzję o zmianie pracy, którą uznam z całą pewnością za właściwą. Dlatego też odmówiłam.
Czy żałowałam? W sumie nie, bo przecież nie wiedziałam co straciłam – różnie mogło być. Wiedziałam natomiast, że podjęłam najlepszą na tamten moment decyzję i to podnosiło mnie na duchu.

A wiecie co stało się później? Upłynął jakiś miesiąc albo dwa i odebrałam telefon od tego samego rekrutera – okazało się, że nadal jestem w tym projekcie mile widziana, projekt nadal czeka na ludzi, parę rzeczy które wcześniej były niewiadome się wyklarowały i jest możliwa zmiana tych szczegółów umowy, które wcześniej budziły moje wątpliwości. Tym razem mogłam podjąć kolejną właściwą decyzję i zmienić pracę, będąc przekonana, że to co robię jest dla mnie dobre.

Wniosek

Jeśli macie jakieś wątpliwości co do oferty, to lepiej nie dać wywrzeć na sobie presji a później borykać się ze stresem spowodowanym nieprzemyślanym podjęciem decyzji. Zmiana pracy to poważna sprawa i trzeba ją naprawdę dobrze przemyśleć. Jeśli ktoś wywiera na nas presję to też dobrze zadać sobie pytanie – czy ten ktoś ma na myśli nasze dobro czy tylko dba o swój interes. Tymczasem my musimy o sobie zadbać sami.  Z kolei jeśli rekruter naciska na szybkie zebranie Waszych danych, to może to niekoniecznie być równoznaczne z szybką zmianą pracy a nawet wręcz przeciwnie.

Mała wakacyjna przerwa

Po dość wyczerpującym półroczu, którego połowę poświęciłam na kolejną edycję „Daj się poznać” a pozostałą część na dużo innych rzeczy czy to zawodowych czy prywatnych czas na małą przerwę. Zatem ja i mój blog już niedługo udajemy się na zasłużone wakacje.

A co czeka Was na blogu po powrocie?
Same fajne rzeczy oczywiście – między innymi dalszy ciąg cyklu na temat rekrutacji, trochę na temat moich przygód z Django na Windows vs Linux a także o tym dlaczego wróciłam do Visual Studio 2015 po używaniu VS2017 przez jakiś czas:)

 

Rekruterów rozmaite przypadki – część 3

Witajcie w trzeciej części cyklu na temat różnych przypadków związanych z procesem rekrutacji widzianej oczami kandydatów. Poprzednie części znajdziecie tutaj:

http://programistka.net/rekruterow-rozmaite-przypadki-czesc-1/
http://programistka.net/rekruterow-rozmaite-przypadki-czesc-2/

Niestaranność

Ręka w górę kto dostał kiedyś maila zatytułowanego „Panie Wojciechu” chociaż ma na imię Paweł? Z kolei dziewczyny – ile razy dostałyście ofertę pracy zatytułowaną „Drogi Panie”? Ja nie zliczę…

Rekruter musi podjąć próbę kontaktu z około setką osób, żeby z tego chociaż jedna mogła być tym poszukiwanym kandydatem. Jeśli poszukuje 2-3 osób musi zatem wysłać setki maili/wiadomości na LinkedIn/Goldenline itp. żeby kilkadziesiąt osób odpisało. Z tych kilkudziesięciu może kilkanaście będzie naprawdę zainteresowanych. A tylko kilka ostatecznie zostanie przedstawionych klientowi czyli firmie docelowej. Jeśli poszukuje kilkunastu osób skala jest oczywiście odpowiednio większa i w pierwszym etapie musi spróbować skontaktować się z naprawdę niesamowitą ilością ludzi. Do tego oczywiście dochodzą terminy, więc trzeba działać szybko.

Niestety często szybkość jest wrogiem dokładności. Jak wszyscy programiści wiedzą – nie da się zrobić projektu szybko, dobrze i tanio. Wygląda na to, że podobnie ma się sprawa z rekrutacją – przynajmniej z punktu widzenia kandydata. W tej masowej komunikacji często ginie jakiekolwiek indywidualne podejście, co sprowadza się do tego, że rekruter wysyła jednakową wiadomość nie patrząc na płeć kandydata.
Co myślę, gdy dostaję ofertę zaczynającą się od słów „Drogi Panie” – no cóż, może powiem tylko, że bardzo rzadko zdarza mi się odpowiadać na takie wiadomości. Do odpowiedzi może zachęcić mnie tylko naprawdę interesująca zawartość oferty.

Kiedy wyobrażam sobie nadawcę takiego maila, widzę osobę, która w jakimś CRMie albo na LinkedIn z góry na dół przekleja tą samą wiadomość nie zwracając uwagi na to, do kogo ją tak naprawdę kieruje. Zastanawia mnie też dlaczego oferty pracy nie są konstruowane w bardziej uniwersalny sposób – nasz język jest przecież bardzo bogaty i bez trudu można napisać ofertę na tyle bezosobowo, by pasowała do obu płci. Ot choćby zwrot „Droga Pani/Drogi Panie” – tak mało a tak dużo. Nie jestem jakąś wojująca feministką ani w ogóle feministką w sumie, ale miło by było gdyby wreszcie te oferty zaczęły wyglądać jakby nie pisał ich ktoś, komu nawet nie przyjdzie do głowy, że kobieta może pracować w tej branży.
Zwłaszcza, gdy ktoś pisze do danej osoby bezpośrednio – powinien zadać sobie tą odrobinę trudu i tak skonstruować mail, żeby formy gramatyczne i językowe jednak do tego odbiorcy pasowały. Tego po prostu wymaga kultura.

Wniosek

Naprawdę niewiele trzeba, żeby oferty pracy wysyłać zgodnie z zasadami dobrego wychowania. Jeśli rekruter chce zrekrutować specjalistów na poziomie, musi się na ten poziom wspiąć. 

Rekruterów rozmaite przypadki – część 2

Witajcie w drugiej części cyklu na temat różnych przypadków związanych z procesem rekrutacji widzianej oczami kandydatów. Poprzednią część znajdziecie tutaj:

http://programistka.net/rekruterow-rozmaite-przypadki-czesc-1/

Tajny agent

Poprzednio pisałam o anonimowości oferty pracy polegającej na ukrywaniu nazwy firmy na początku procesu rekrutacyjnego. Dziś będzie o czymś podobnym, ale z drugiej strony – o tzw anonimizacji profilu kandydata. Jest to mechanizm, który stosują niektóre firmy rekrutacyjne aby ograniczyć dyskryminację.

Na czym to polega? Otóż z CV wysyłanego klientowi (firmie dla której rekruter szuka kandydatów) usunięte są wszelkie dane osobowe – od imienia i nazwiska, poprzez zdjęcie, narodowość, wiek czy płeć kandydata. Póki co wszystko w porządku.

Niestety niektóre firmy idą o krok dalej i mieszają w CV. W skrajnym przypadku – tutaj akurat moim własnym, doprowadziło to do tego, że w CV przestawiono dane na temat okresów zatrudnienia w poszczególnych firmach. O ile zmiana kolejności firm, w których pracowałam nie byłaby jeszcze niczym strasznym o tyle zmieniono daty początku i końca zatrudnienia. Zrobiono to na dodatek tak nieudolnie, iż okresy się o siebie zazębiały i z CV wynikało, że w danym momencie pracuję jednocześnie w trzech firmach.

Na szczęście historia ta ma szczęśliwy koniec, bo dostałam zaproszenie na rozmowę w firmie do której byłam rekrutowana i miałam okazję odpowiedzieć na pytanie jak to się stało, że pracuję w trzech miejscach naraz. Możliwe, że nawet nie dostałabym zaproszenia na tą rozmowę, ale okazało się, że pomógł mój profil na LinkedIn, który umożliwił ludziom z firmy zweryfikowanie tego CV gdy już dostali moje pełne dane i domyślenie się, że to firma rekruterska maczała palce w tak dziwnym dokumencie.

Wniosek

Niestety nie zawsze mamy wpływ  na to co z naszym CV zrobi firma rekruterska, ale pewne ryzyka możemy ograniczyć. Ja od wielu lat swoje CV wysyłam wyłącznie w formacie PDF, żeby uniemożliwić nieautoryzowane przeze mnie zmiany. Niestety zdarza się, że rekruter prosi nas o dokument w formacie Word – jeśli tak, koniecznie dopytajmy czy zamierza wprowadzać w nim jakieś zmiany i czy możemy się z nimi zapoznać przed wysłaniem naszego CV do firmy docelowej.  Dobrze również mieć swój profil w sieci – LinkedIn, Goldenline, lub na własnej stronie. Firma do której się rekrutujemy ma wówczas jakiś punkt odniesienia oprócz naszego CV. Dodatkowo możemy tam umieścić o wiele więcej informacji niż w tym jednym dokumencie.