Mała wakacyjna przerwa

Po dość wyczerpującym półroczu, którego połowę poświęciłam na kolejną edycję „Daj się poznać” a pozostałą część na dużo innych rzeczy czy to zawodowych czy prywatnych czas na małą przerwę. Zatem ja i mój blog już niedługo udajemy się na zasłużone wakacje.

A co czeka Was na blogu po powrocie?
Same fajne rzeczy oczywiście – między innymi dalszy ciąg cyklu na temat rekrutacji, trochę na temat moich przygód z Django na Windows vs Linux a także o tym dlaczego wróciłam do Visual Studio 2015 po używaniu VS2017 przez jakiś czas:)

 

Rekruterów rozmaite przypadki – część 3

Witajcie w trzeciej części cyklu na temat różnych przypadków związanych z procesem rekrutacji widzianej oczami kandydatów. Poprzednie części znajdziecie tutaj:

http://programistka.net/rekruterow-rozmaite-przypadki-czesc-1/
http://programistka.net/rekruterow-rozmaite-przypadki-czesc-2/

Niestaranność

Ręka w górę kto dostał kiedyś maila zatytułowanego „Panie Wojciechu” chociaż ma na imię Paweł? Z kolei dziewczyny – ile razy dostałyście ofertę pracy zatytułowaną „Drogi Panie”? Ja nie zliczę…

Rekruter musi podjąć próbę kontaktu z około setką osób, żeby z tego chociaż jedna mogła być tym poszukiwanym kandydatem. Jeśli poszukuje 2-3 osób musi zatem wysłać setki maili/wiadomości na LinkedIn/Goldenline itp. żeby kilkadziesiąt osób odpisało. Z tych kilkudziesięciu może kilkanaście będzie naprawdę zainteresowanych. A tylko kilka ostatecznie zostanie przedstawionych klientowi czyli firmie docelowej. Jeśli poszukuje kilkunastu osób skala jest oczywiście odpowiednio większa i w pierwszym etapie musi spróbować skontaktować się z naprawdę niesamowitą ilością ludzi. Do tego oczywiście dochodzą terminy, więc trzeba działać szybko.

Niestety często szybkość jest wrogiem dokładności. Jak wszyscy programiści wiedzą – nie da się zrobić projektu szybko, dobrze i tanio. Wygląda na to, że podobnie ma się sprawa z rekrutacją – przynajmniej z punktu widzenia kandydata. W tej masowej komunikacji często ginie jakiekolwiek indywidualne podejście, co sprowadza się do tego, że rekruter wysyła jednakową wiadomość nie patrząc na płeć kandydata.
Co myślę, gdy dostaję ofertę zaczynającą się od słów „Drogi Panie” – no cóż, może powiem tylko, że bardzo rzadko zdarza mi się odpowiadać na takie wiadomości. Do odpowiedzi może zachęcić mnie tylko naprawdę interesująca zawartość oferty.

Kiedy wyobrażam sobie nadawcę takiego maila, widzę osobę, która w jakimś CRMie albo na LinkedIn z góry na dół przekleja tą samą wiadomość nie zwracając uwagi na to, do kogo ją tak naprawdę kieruje. Zastanawia mnie też dlaczego oferty pracy nie są konstruowane w bardziej uniwersalny sposób – nasz język jest przecież bardzo bogaty i bez trudu można napisać ofertę na tyle bezosobowo, by pasowała do obu płci. Ot choćby zwrot „Droga Pani/Drogi Panie” – tak mało a tak dużo. Nie jestem jakąś wojująca feministką ani w ogóle feministką w sumie, ale miło by było gdyby wreszcie te oferty zaczęły wyglądać jakby nie pisał ich ktoś, komu nawet nie przyjdzie do głowy, że kobieta może pracować w tej branży.
Zwłaszcza, gdy ktoś pisze do danej osoby bezpośrednio – powinien zadać sobie tą odrobinę trudu i tak skonstruować mail, żeby formy gramatyczne i językowe jednak do tego odbiorcy pasowały. Tego po prostu wymaga kultura.

Wniosek

Naprawdę niewiele trzeba, żeby oferty pracy wysyłać zgodnie z zasadami dobrego wychowania. Jeśli rekruter chce zrekrutować specjalistów na poziomie, musi się na ten poziom wspiąć. 

Rekruterów rozmaite przypadki – część 2

Witajcie w drugiej części cyklu na temat różnych przypadków związanych z procesem rekrutacji widzianej oczami kandydatów. Poprzednią część znajdziecie tutaj:

http://programistka.net/rekruterow-rozmaite-przypadki-czesc-1/

Tajny agent

Poprzednio pisałam o anonimowości oferty pracy polegającej na ukrywaniu nazwy firmy na początku procesu rekrutacyjnego. Dziś będzie o czymś podobnym, ale z drugiej strony – o tzw anonimizacji profilu kandydata. Jest to mechanizm, który stosują niektóre firmy rekrutacyjne aby ograniczyć dyskryminację.

Na czym to polega? Otóż z CV wysyłanego klientowi (firmie dla której rekruter szuka kandydatów) usunięte są wszelkie dane osobowe – od imienia i nazwiska, poprzez zdjęcie, narodowość, wiek czy płeć kandydata. Póki co wszystko w porządku.

Niestety niektóre firmy idą o krok dalej i mieszają w CV. W skrajnym przypadku – tutaj akurat moim własnym, doprowadziło to do tego, że w CV przestawiono dane na temat okresów zatrudnienia w poszczególnych firmach. O ile zmiana kolejności firm, w których pracowałam nie byłaby jeszcze niczym strasznym o tyle zmieniono daty początku i końca zatrudnienia. Zrobiono to na dodatek tak nieudolnie, iż okresy się o siebie zazębiały i z CV wynikało, że w danym momencie pracuję jednocześnie w trzech firmach.

Na szczęście historia ta ma szczęśliwy koniec, bo dostałam zaproszenie na rozmowę w firmie do której byłam rekrutowana i miałam okazję odpowiedzieć na pytanie jak to się stało, że pracuję w trzech miejscach naraz. Możliwe, że nawet nie dostałabym zaproszenia na tą rozmowę, ale okazało się, że pomógł mój profil na LinkedIn, który umożliwił ludziom z firmy zweryfikowanie tego CV gdy już dostali moje pełne dane i domyślenie się, że to firma rekruterska maczała palce w tak dziwnym dokumencie.

Wniosek

Niestety nie zawsze mamy wpływ  na to co z naszym CV zrobi firma rekruterska, ale pewne ryzyka możemy ograniczyć. Ja od wielu lat swoje CV wysyłam wyłącznie w formacie PDF, żeby uniemożliwić nieautoryzowane przeze mnie zmiany. Niestety zdarza się, że rekruter prosi nas o dokument w formacie Word – jeśli tak, koniecznie dopytajmy czy zamierza wprowadzać w nim jakieś zmiany i czy możemy się z nimi zapoznać przed wysłaniem naszego CV do firmy docelowej.  Dobrze również mieć swój profil w sieci – LinkedIn, Goldenline, lub na własnej stronie. Firma do której się rekrutujemy ma wówczas jakiś punkt odniesienia oprócz naszego CV. Dodatkowo możemy tam umieścić o wiele więcej informacji niż w tym jednym dokumencie.

Rekruterów rozmaite przypadki – część 1

Co rusz napotykam się na artykuły z cyklu „błędy kandydatów podczas rekrutacji”, „tego nie rób na rozmowie kwalifikacyjnej” itp. Zawsze wtedy przypominają mi się sytuacje z własnych bądź zasłyszanych doświadczeń na temat drugiej strony – czyli tego jak rekruterzy wypadają w oczach kandydatów.
Dzisiaj chciałabym podzielić się właśnie tymi doświadczeniami. Tak dla przeciwwagi:)

Najpierw miał być to jeden artykuł, ale w trakcie tworzenia okazało się, że zawarcie wszystkiego w jednym poście jest niemożliwe, zatem powstał cykl.

Na początku jednak chciałabym zaznaczyć, że nie ma to być żaden hejt na rekruterów, choć faktycznie do poprawy jest mnóstwo rzeczy. Niemniej na swojej drodze spotkałam również ludzi bardzo kompetentnych i profesjonalnych a kontakt z nimi zaowocował ciekawymi ofertami pracy. Niestety mam wrażenie, że takich przypadków jest zdecydowana mniejszość.

Jako programiści niemalże codziennie w naszej skrzynce email/LinkedIn/Goldenline znajdujemy kolejne oferty – lepsze i gorsze. Bardzo ciężko jest czasami oddzielić ziarno od plew i zdecydować na co warto odpowiedzieć. Niestety nadawcy nie zawsze nam to ułatwiają. Mam nadzieję, że ten cykl nieco Wam pomoże w zorientowaniu się czego się spodziewać.

Tajne/poufne:)

Pierwszy typ ofert to oferty anonimowe – czyli zaczynające się od słów „dla naszego klienta z branży takiej a takiej poszukujemy”.

Tutaj sytuacje mogą być dwie – pierwsza, to gdy firma faktycznie nie chce się ujawnić i to raczej nie jest dobry znak. Głównie dlatego, że często zanim się dowiemy o jaką naprawdę firmę chodzi czeka nas co najmniej jedna rozmowa z rekruterem, czasem nawet dwie – pierwsza żeby nam przedstawił ofertę i sprawdził czy się z grubsza nadajemy a druga, gdy firma docelowa zaakceptuje naszą kandydaturę. Czyli dwie rozmowy telefoniczne + odpowiedź którą musimy wysłać na pierwszą propozycję mailową. Trochę dużo czasu, żeby poznać nazwę firmy.
Co najlepsze – w skrajnym przypadku może się okazać, że rekruter nie dysponuje naszym aktualnym CV, ponieważ jesteśmy w jego bazie już od wielu lat (wielu prac wstecz) i na tej pierwszej rozmowie telefonicznej dowiemy się, że chce nas zrekrutować do naszej aktualnej firmy albo którejś z poprzednich. Znów spora strata czasu. Co ciekawe przecież to nie tylko nasz czas, to też czas rekruterów. Czemu więc sami sobie utrudniają życie zamiast przechodzić do konkretów na samym początku?

Ważne jest też, by zadać pytanie czemu firma ukrywa swoją nazwę? Jaką ma opinię na rynku? Może czegoś się wstydzi i boi się, że jeśli na samym początku się ujawni, to nikt się nie zgłosi. Gdy już proces rekrutacyjny się rozpocznie, to niektórym kandydatom będzie trochę szkoda się wycofać.

Druga sytuacja jest wtedy, gdy rekruter wysyła nam ofertę, która zaczyna się od takich tajemniczych słów, ale bez trudu jesteśmy w stanie znaleźć w Google dany opis stanowiska wraz z nazwą firmy. Skąd więc ta anonimowość?

Tutaj również są dwie opcje – jedna to, że rekruter obawia się, iż jeśli poda nam już na początku nazwę firmy, to zgłosimy się do niej bezpośrednio a on straci prowizję. Jest to obawa zrozumiała dlatego zdecydowanie zachęcam Was, jako kandydatów, do niepostepowania w ten sposób. Być może spowoduje to, że tajemniczych ofert będzie mniej. Z kolei ze strony rekruterów jest też dość naiwnym sądzenie, że kandydat chociaż nie spróbuje wyszukać nazwy firmy na własną rękę.

Druga opcja to z kolei oferty, gdzie firma docelowa nawet nie wie, że jakiś rekruter dla niej szuka kandydatów. Jak to możliwe? Rekruter wyszukuje oferty pracy różnych firm po czym kontaktuje się z kandydatami działając samodzielnie. Jeśli ktoś okaże się zainteresowany, próbuje skontaktować go z firmą. Najczęściej próby te nie kończą się sukcesem a kontakt z rekruterem się urywa.

Wniosek

Najlepsze oferty to takie, gdzie mamy jasną informację na temat nazwy firmy. Wszelkie utajniania powinny wzbudzić naszą czujność i sprawić byśmy dwa razy się wszystkiemu przyjrzeli zanim w ogóle rozpoczniemy proces rekrutacji na dane stanowisko.

Commonlounge – czyli społeczności skupione wokół różnych tematów w jednym

Niedawno w przestrzeniach internetu napotkałam coś takiego jak Commonlounge – Competitive Programming. Jest to społeczność pasjonująca się tematem Competitive Programming czyli rozrywek typu SPOJHackerRank czy Topcoder o których jakiś czas temu tutaj pisałam.

Commonlounge to tak naprawdę zbiór różnych społeczności – Competitive Programming to tylko jedna z nich. Są też na przykład: Algorithms and Data StructuresSphere Online Judge (SPOJ) czy z innej beczki: TED Talks.

To co wyróżnia Competitive Programming jest to, że mamy tutaj oczywiście to co lubię najbardziej czyli zadania;) ale jest to tak zorganizowane, że możemy zasubskrybować się do listy i rozwiązywać zadania po kolei w swoim własnym czasie. Przychodzą nam po kolei na maila, rozwiązujemy, odznaczamy że zrobione i przychodzą kolejne.
Poza tym serwis jest raczej zorientowany na wymianę wiedzy – jest dużo dyskusji oraz materiałów na temat popularnych algorytmów. Pozostaje pytanie czy warto się nim zajmować kiedy mamy takie strony jak HackerRank, CodeWars itd oraz oczywiście Stackoverflow na którym możemy przecież również wymienić myśli. Ja to widzę tak, że społeczność Competitive Programming ma na celu właśnie przygotowanie do stawania w szrankach w konkursach i zadaniach algorytmicznych. Zbiera wszystkie informacje w jednym miejscu i pozwala szybko dotrzeć do innych osób zainteresowanych tematem. Póki co więc myślę, że warto się tej stronie przyglądać i to zamierzam robić. Może i Wam się spodoba.

Ponieważ jednak dopiero co się zarejestrowałam być może odkryję jeszcze jakieś inne ciekawe funkcjonalności – obiecuję bezzwłocznie o nich napisać:) A może Wy już znacie ten serwis i możecie coś ciekawego o nim dodać?